czwartek, 17 września 2015

Book3 - 10

~ Zayn’s P.O.V  ~

- Kpisz sobie? – spytałem, niemalże dławiąc się ze złości. – Mów mi natychmiast co wy planujecie.
- Ja? – parsknęła śmiechem. – To McTyler ją sobie upatrzył, ja mam tą dziwkę w dupie.
- Zmuszasz mnie do poważnych kroków, Chachi – warknąłem. – Wylatujesz z hotelu.
- Co?! – krzyknęła, otwierając szeroko usta ze zdziwienia. – Nie możesz!
- Mogę, bo jestem właścicielem – uśmiechnąłem się zwycięsko.
- Ty jebana szujo… - syknęła. – Doskonale wiesz, że nie mam gdzie się podziać!
- Już mnie to w tej chwili nie obchodzi. Masz dzień na spakowanie swoich rzeczy i nie chcę Cię więcej widzieć na oczy.
- Dobra, wszystko powiem – odparła poważnie.
- To niczego nie zmieni.
- Mam to w dupie – prychnęła. – McTyler upatrzył sobie Watson na BAFTA. Od tamtej pory się mu spodobała i zapragnął ją mieć.
- Skąd się znacie?
- Przyszedł któregoś pięknego dnia do hotelu i mi się chłopczyna wyżalił – zaśmiała się gorzko. – Clairy miała by szczęście, koleś zajebiście bzyka.
- Mniejsza z tym – westchnąłem.
- A ja powiedziałam mu, że Cię bardzo dobrze znam i zaproponował układ.
- Jaki?
- Oboje będziemy wam niszczyć związek, dopóki nie zerwiecie, ja dostanę od niego kasę, a on Clairy.
- Jesteście popieprzeni – fuknąłem i spojrzałem na swoich ochroniarzy. – Panowie, zawieźcie Pannę May do hotelu, skończyłem z nią rozmawiać.
- I radzę Ci teraz iść do The Five Fields, teraz za pewne jedzą ze sobą romantyczny obiad – dodała z krzywym uśmiechem. – Chyba, że Ci na niej nie zależy i ja…
- Skończ – powiedziałem stanowczo, a ona się zamknęła. – Panowie, zróbcie co wam kazałem.
- Tak jest – odparli równo.
- A ja idę ratować swój związek, znowu – westchnąłem i opuściłem restaurację.

~ Clairy’s P.O.V ~

- I jak Ci smakowało jedzenie? – zapytał mnie Jackson, gdy kelner przyszedł zabrać rachunek i napiwek.
- Było bardzo dobre, dziękuję, że mnie tutaj przyprowadziłeś – powiedziałam z lekkim uśmiechem. Jackson wydawał się zupełnie innym człowiekiem. Nie był tym, którego opisywali na papierach policyjnych. Lecz to też musiałam wziąć pod uwagę.
- I co teraz zrobisz? – ponownie spytał.
- Cóż… Wrócę do David’a po moją psinę i wracam do domu – odparłam.
- Do niego? – zdziwił się, a ja niewzruszona skinęłam głową. A co on do cholery myślał? Że może pojadę do niego?
- Nie mam wyboru, tam mieszkam – rzekłam.
- Zawsze możesz przyjechać do hotelu, w którym jestem. Mam wolny pokój…
- Nie, dzięki, poradzę sobie – parsknęłam śmiechem, choć coś w środku mówiło mi, że nie od tak mi o tym mówił.
- Powinnam już jechać, zaraz jest osiemnasta – powiedziałam, wstając z krzesła. – Dziękuję Ci za obiad…
- Clairy?! – usłyszałam za swoimi plecami jak ktoś woła mnie. Doskonale znałam ten głos.
- Malik – westchnął zirytowany McTyler.
- Co się dzieje, Zayn? – zapytałam, gdy ciężko oddychający Zayn stanął obok naszego stolika. – Chachi odprawiła Cię z kwitkiem?
- Zapytaj tego skurwiela – syknął Zayn, wskazując na Jackson’a. Blondyn zamarł, patrząc na Zayn’a.
- O czym ty mówisz? – zapytałam Zayn’a, marszcząc brwi w konsternacji.
- On i Chachi są w jebanej zmowie – wycharczał, a ja spojrzałam na Jackson’a, który tylko spoglądał na Malika zawistnym wzrokiem. – Powiedziała mi.
- Nie wierzę… - szepnęłam, patrząc na nich obu.
- To uwierz. Twój wspólnik oznaczył Cię jako cel do zdobycia – rzekł poważnie Zayn. – Przy okazji pozbywając się i mnie.
- On mówi prawdę, Jackson? – spytałam blondyna ze ściśniętym gardłem. Z niewiadomego powodu byłam bliska łez.
- Clairy, to nie jest tak… - zaczął, ale ja za dobrze znałam tą kwestię, aby się na nią nabrać.
- Więc ten cały projekt to bujda? Chciałeś mnie po prostu zdobyć wiedząc, że mam narzeczonego? – powiedziałam słabo. Jackson spuścił głowę. – Nigdy więcej do mnie nie dzwoń. Jesteś zwykłą, kłamliwą szują.
- Pierdolona Chachi, zawsze wszystko wszystkim powie – zaśmiał się cynicznie Jackson, a po moim ciele przebiegł zimny pot.
- Clairy, idziemy stąd – mruknął do mnie Zayn, a ja skinęłam głową i ruszyłam do wyjścia.
- Jeszcze z Tobą nie skończyłem Watson! – krzyknął za mną McTyler, ale go zignorowałam i razem z Zayn’em opuściłam lokal, kierując się na parking
- Clairy…
- Nawet nie zaczynaj – przerwałam mu ostro, wsiadając do samochodu od strony kierowcy. Zayn niechętnie usiadł na miejscu pasażera. – Musimy jeszcze podjechać do David’a po Scarleth – odparłam cicho.
- W porządku – powiedział Zayn, wbijając swój wzrok w deskę rozdzielczą. Tak minęła nam cała droga do domu David’a : w ciszy i niezręczności. Nienawidziłam tych momentów. Zayn doskonale wiedział, że to jego wina. Gdyby nie jego „wybryk” nie doszłoby do tego całego zamieszania, ani tym bardziej do spotkania z tym chujem. Jednak… jest dobre w tej sytuacji to, że Jackson pokazał swoją prawdziwą twarz.

Ale nie ukrywałam faktu, że byłam chorobliwie zła na Zayn’a. Musiał się jeszcze trochę pomęczyć, a ja mogłam na to popatrzeć z małym, ironicznym uśmieszkiem.

Za swoje błędy się płaci, Zayn’ie Maliku. Niezależnie od sytuacji.

***

Nigdy tak długo z Zayn’em nie rozmawiałam. Żadne z nas nie ważyło się przerwać ciszy. Ja się non stop bawiłam ze Scarleth, którą ostatnimi czasy zaniedbywałam.
- To co maleńka, idziemy Cię w końcu umyć, co? – parsknęłam śmiechem, gdy jej wzrok spoważniał, jakby mnie rozumiała. Scar nigdy nie lubiła kąpieli. Czasami zastanawiałam się czy w poprzednim życiu nie była kotem. – Wiem, że to uwielbiasz – uśmiechnęłam się złośliwie, biorąc ją na ręce. Westchnęłam głęboko, gdy uświadomiłam sobie, że już nie była taka lekka. Scarleth położyła swoje łapy na moich ramionach, a ja trzymając ją za tułów, zaniosłam do łazienki.
- Co robisz? – zapytał mnie Zayn zatrzymując w połowie drogi, wyglądając zza drzwi od swojego gabinetu.
- Muszę ją wykąpać – oświadczyłam, spoglądając na niego. Nie podejrzewałam, że odezwie się pierwszy.
- Pomóc Ci?
- Jasne – odparłam zakłopotana. Zayn wyszedł z gabinetu i deptał mi po piętach, gdy szliśmy do łazienki. Gdy do niej weszliśmy, Scar od razu zaczęła się szamotać. Westchnęłam zirytowana. – To teraz będzie wojna – burknęłam, z trudem wkładając Scar do wanny. – Przytrzymasz ją? – zwróciłam się do Zayn’a, który skinął głową i chwycił ją w tułowiu. Wzięłam prysznic do swoich rąk i nastawiłam wodę na ciepłą. Scarleth zawyła piskliwie, gdy strumień wody zetknął się z jej sierścią. Zaśmiałam się cicho i poklepałam ją lekko po głowie.
- Po raz kolejny stwierdzę, że jesteście do siebie podobne – odparł Zayn, zerkając na mnie.
- Tak? W czym niby? – zapytałam go cicho.
- Obie jesteście uparte – spojrzałam na niego zdziwiona.
- Czyżby? – parsknęłam.
- A ty w szczególności, gdy chodzi o inne kobiety – uśmiechnął się złośliwie.
- Jesteś bezczelny! – stwierdziłam z oburzeniem. – To nie jest miłe uczucie zobaczyć Twoje i zdjęcie Chachi na głównej stronie The Sun!
- A ty doskonale wiesz, że nie będę zadowolony, gdy dowiem się o Twoim obiedzie z McTylerem! – powiedział podniesionym głosem.
- Gdyby nie ty, do tego by nie doszło!
- Może i tak, ale nie musiałaś lecieć od razu w ramiona Jacksona!
- Ty chyba sobie żartujesz?! – fuknęłam, kładąc prysznic w wannie. – Byłam na Ciebie zła!
- I przy okazji chciałaś zrobić na złość mi!
- Może i co z tego? – zaśmiałam się gorzko. – Jakbyś zauważył, to już jest drugi raz, gdy dowiaduję się o Twoim pseudo spotkaniu biznesowym z Twoją byłą uległą! Mogłeś mi powiedzieć.
- Tak? I potem słuchałbym Cię i Twojego narzekania?!
- Tak? To po cholerę się ze mną zaręczyłeś? – warknęłam.
- Bo Cię kocham? – uniósł zagadkowo brwi do góry.
- Jak mam się z Tobą ożenić, jeśli nie jesteś do końca ze mną szczery? Dlaczego tak bardzo boisz się mówić mi prawdę?! – krzyknęłam.
- Nie boję – zaoponował.
- To czemu się tak zachowujesz?! – wzniosłam ręce do góry, by pokazać swoje zirytowanie.
- Nie lubię o tym mówić – westchnął.
- No nic nowego mi nie powiedziałeś – wywróciłam oczami, powracając do mycia Scarleth. Psina tylko nas obserwowała, cała mokra i z dużymi oczami. Jej wzrok mówił : „zachowujecie się jak rozpuszczone dzieci!”. Zayn podniósł się z klęczek. Już miałam nadzieję, że opuścił łazienkę, lecz po niecałej minucie poczułam, jak coś mokrego pokrywa moje włosy i plecy. Krzyknęłam przez zimną temperaturę wody i poderwałam się do góry patrząc na Zayn’a, który miał na twarzy wymalowany szeroki uśmiech. – Co ty robisz do cholery?!
- Ostudzam Twój temperament – odparł, ponownie nalewając do dużego plastikowego kubka wodę.
- O nie nie nie… - fuknęłam, kierując prysznic prosto na niego. Zayn zesztywniał i popatrzył na mnie z politowaniem. – Sam zacząłeś – wzruszyłam ramionami. W jednej chwili Zayn podszedł do mnie w dwóch dużych susach i nakierował siłą prysznic na mnie. Pisnęłam, próbując jakoś powstrzymać wodę, która tryskała w moją twarz i resztę ciała. – Ty idioto! – uderzałam w nim pięściami. – Jestem przez Ciebie cała mokra!
- Patrz, ja też – powiedział ironicznie, wkładając prysznic pod moją koszulkę.
- Przestań! – zaśmiałam się głośno, szamocząc w jego ramionach, nieudolnie próbując się uwolnić. – Proszę!
- Powinnaś mnie wysłuchać, nim zaczęłaś wyciągać pochopne wnioski – stwierdził, wyjmując prysznic i rzucił go do wanny, po czym mocno przyciągnął mnie do siebie. Mokre materiały naszych koszulek przylepiły się do siebie. – Na drugi raz zadzwoń do mnie, a nie czytasz wszystko na The Sun.
- Nienawidzę, gdy widzę Twoje byłe uległe przy Tobie – powiedziałam.
- Wiem – rzekł, głaszcząc mnie delikatnie po policzku. – A mi się nie podoba, że przy Tobie kręcą się takie typy jak McTyler.
- Już nie będzie – odparłam.
- A tylko on spróbuje się do Ciebie zbliżyć, to z jego twarzy nie zostanie nic.
- Spokojnie, mój furiacie – zaśmiałam się krótko.
- Teraz, za tą Twoją niewyparzoną buzię, mam ochotę tak Cię… - nie zdążył dokończyć, bo Scarleth głośno szczeknęła, zwracając na siebie uwagę. Wlepiła w nas swoje duże, czarne oczka i wyczekiwała grzecznie, aż do niej wróćmy.
- To jest złota psina – uśmiechnęłam się słodko do niej, a ona wesoło zamerdała ogonem. – Muszę pomyśleć, aby niedługo znaleźć dla niej jakiegoś psa…
- Nie mów, że chcesz szczeniaki – Zayn popatrzył na mnie z politowaniem.
- A będzie ich przynajmniej pięć lub więcej – odparłam, a on jęknął z dezaprobatą. Zaśmiałam się cicho i cmoknęłam w podbródek.
- Chociaż… tyle psów ucieszyłoby nasze przyszłe dziecko – powiedział, a ja przez chwilę zamarłam.
- Dziecko? – powtórzyłam.
- Tak, dziecko – parsknął śmiechem, widząc moją minę.
- Przed chwilą byliśmy pokłóceni, nie odzywaliśmy się do siebie, miałam ochotę roztrzaskać Ci twarz, a ty teraz mówisz mi, że chcesz dziecko?
- Czemu nie? – uśmiechnął się lekko i przyciągnął moją twarz do swojej.
- Zayn…
- Nah, żadnych słów – szepnął w moje wargi, przedzierając się między nie swoim językiem.

~ Jackson’s P.O.V ~

- Miałaś siedzieć cicho, suko! – wydarłem się na Chachi, która z miną zbitego szczeniaka przyszła do mnie. Była to ostatnia osoba, z którą chciałem się widzieć. – Co ty tu robisz? – zapytałem, a po chwili zauważyłem u jej boku walizkę. – Czyżby Malik wyrzucił Cię z hotelu? – zaśmiałem się z pogardą.
- Tak i to przez Ciebie, tępy chuju! – krzyknęła, wskazując na mnie palcem. – Teraz przez Ciebie i Twoją psychiczną manię Watson nie mam gdzie mieszkać!
- Byłaś w tylu burdelach, wracaj do któregoś – wzruszyłem ramionami, podchodząc do swojego barku z alkoholem. Po kryjomu wyjąłem z niego pistolet i butelkę whiskey. Napiłem się z trunku z gwinta i chwyciłem broń. Zauważyłem, że Chachi wybałuszyła na mnie oczy.
- Co ty zamierzasz zrobić, Jackson? – spytała mnie drżącym głosem.
- Myślałem, że mogę Ci ufać, wiesz? Ale ty jesteś tylko dziwką i aby dostać kasę zrobisz wszystko – prychnąłem, celując w Chachi.
- Nie, Jackson… Nie, proszę… Przepraszam - wyszeptała jękliwie.
- Teraz przepraszasz?! – wrzasnąłem rozwścieczony. Chachi zadrżała i zaczęła się cofać do tyłu. – Wyjawiłaś Malikowi prawdę i zniszczyłaś moje jakiekolwiek szanse na zdobycie Watson.
- I tak byś nie miał szans z Malikiem! Miałaby Cię głęboko w dupie! – wykrzyczała. 

Adrenalina, która buzowała w moich żyłach spowodowała, że nacisnąłem spust. Kula wylądowała w nadmuchanej klatce piersiowej Chachi. Dziewczyna zachłystując się powietrzem upadła na podłogę, a jej ubrania zalewały krwią. Zaśmiałem się ironicznie i rzuciłem broń na łóżko. Podszedłem do swojego bagażu i wyjąłem z samego dna nóż. Gdy spojrzałem na Chachi, ta już miała zamknięte oczy, a jej klatka się nie unosiła. Uśmiechnąłem się szeroko i stawiając małe kroki w jej stronę, obracałem nóż w swojej dłoni. Musiałem się jakoś pozbyć ciała, lecz od razu personel by to zauważył.

- Widzisz, Chachi? Tak się kończy igranie ze mną. 


7 komentarzy:

  1. O mój boze, co za psychol, nie lubię chachi ale od razu zabija? Nie! A naszą cudowną para jak zwykle cudowną ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej ! On serio jest nieźle pojebany ! -,- Rozdział cudowny ! ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. O shit...
    Dobrze, że Zayn tam przybył i zabrał Clari do domu, bo ten koleś serio ma coś z banią. Kurde niech on idzie do pierdla za to co zrobił ze swoją dziewczyną? Chyba z dziewczyną nie pamiętam już xd
    Ale nieźle porąbany widzę jest..
    Kurde już się bałam, że Clari i Zayn jeszcze bardziej się pokłócą i miałam rację. Ale ufff po chwili jednak się ostudziło i to dosłownie hahah ; ))
    Dziecko w ustach Malika brzmi tak uroczo ^^ Awww ; >
    Czekam na następny! ;3
    Pozdrawiam! ; ***

    OdpowiedzUsuń
  4. Zajebiste opowiadanie, czekam na next 😊

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz jest dla mnie zachętą do dalszej pracy! <3